Dziewczyna w sieci pająka

By | 13 listopada 2018

Podrzucić monetą i wybrać film, bo i czemu by nie? Choć kto pamiętałby, który z filmów przypisany był do Orła, a który do Reszki skoro obie osoby, choć sobie tego nie mówią, chcą pójść na jeden z dwóch wybranych naprędce filmów? Ale wyrzut był. Kiedyś może nie będzie on oszukany.

„Dziewczyna w sieci pająka” to film na podstawie książki, no właśnie, czyjej? Stiega Larssona? A może bardziej Davida Lagercrantza, gdyż to jego nazwisko widnieje na okładce książki będącej czwartą częścią serii Millenium zapoczątkowanej przez Larssona, która w Polsce ukazała się pod tytułem: „Co nas nie zabije”.
„Co nas nie zabije” opublikowane zostało po śmierci Larssona, jednak książkę tę zaczął pisać on sam. Podobno stworzył pierwszy dwieście stron, a później za robotę wziął się Lagercrantz, który wybrany przez Larssona jeszcze za jego życia ukończył tę powieść, zyski ze sprzedaży przeznaczając na antyfaszystowski magazyn „Expo”, którego współzałożycielem był Larsson. To jednak tak tytułem wstępu, choć to ciekawa wielowątkowa historia, w którą zamieszane są, i rodzina Larssona (jego ojciec i brat), jak i jego życiowa partnerka, ale i poglądy, te polityczne, jak i te bardziej moralne.

No nic. Byłem na filmie, choć raczej to byliśmy, a tutaj to o filmie miało być, a nie o książce, której i tak nie przeczytałem, choć klimat jej, jak i całej sagi Millenium nie jest mi obcy.

Film opowiadaja o historii, w której główną rolę odgrywa, początkowo nieuchwytna hakerka, Lisbeth Salander, która to uzyskawszy zlecenie włamuje się serwery National Security Agency, aby wykraść program do obsługi rakiet, co jej się bez problemu udaje, ale i co sprowadza na nią kłopoty.
Lisbeth Salander
Lisbeth napadnięta we własnym mieszkaniu przez tajemniczych bandytów najpierw musi walczyć o własne życie, by następie, po spektakularnej akcji (nurkowanie w wannie wypełnionej wodą, podczas wybuchu w jej mieszkaniu) dzięki której unika śmierci, ruszyć w pogoń za bandytami, bo przecież Lisbeth to dobra kobieta, to swego rodzaju kobiecy odpowiednik Robin Hooda, to Superman, to James Bond, ale w… nie, nie w spódnicy, ale z piersiami(Lisbeth nosi dżinsy).
I to tyle, jeśli chodzi o fabułę. Bez sensu byłoby jej opisywanie, bo wówczas sam byś sobie nie wyrobił opinii na temat tego filmu, po jego obejrzeniu, a w sposób pośredni ten wpis ma zachęcić lub też zniechęcić potencjalnego odbiorcę do obejrzenia, lub też nie, wspomnianej pozycji. Albo też kogoś o odmiennym zdaniu wkurzyć.

Czy na ten film warto pójść do kina?

Akcja jest wartka, jest szybko, jest dynamicznie, a to duży plus. Niekiedy jest jednak na tyle szybko, że co poniektórzy mogą się w tej akcji pogubić, mogą zapytać: „A kim on jest?”. Na szczęście film ten nie zna rozgraniczenia na płcie, a to kolejny plus. Nadaje się dla kobiet, jak i dla mężczyzn (stwierdzam to po zasięgnięciu opinii jednej ankietowanej).
Wspomniana dynamiki jest jednak momentami, aż nazbyt obcująca z szaleństwem. Niektóre sceny są niemalże absurdalne. I tak na przykład, Liz potrafi zawracając na motorze zamknąć drzwi policyjnego auta albo też nurkować w wannie, która kilka chwil wcześniej nie do końca ją mieściła. Na szczęście film puszczany jest z napisami, bez żadnego kiczowatego dubbingu, czy z lektorem.

Dialogi.

Dialogi są, oczywiście moim zdaniem, umiejętnie dopasowane do tematyki filmu, jak i jego dynamiki. Są umiejętnie dopasowane pod kątem, hm, merytorycznym…? Dialogi jednak mają to do siebie, że nie są jedynie pustymi, niemymi, bezdźwięcznymi słowami, ale są też akcentem, są intonacją. I tutaj z tym filmem jest największy problem. W filmie występuje niebywały misz-masz narodowościowy. Są Holendrzy, Amerykanie, Brytyjczycy, jak i Norwegowie, a reżyserem jest bodajże Urugwajczyk. Przyznaję się, że nie wiem, czy w tym filmie występują rodowici Szwedzi, a to przecież produkcja skandynawska powinna być, produkcja, która aż powinna emanować tym surowym, zimnym klimatem Szwecji. Poza tym, przez ten narodowościowy misz-masz, jak i to, że każdy z aktorów używa innego akcentu ciężko mówić jest tutaj o jakiejś jednej przewodniej myśli na ten film, bo kiedy rodzone siostry wysławiają się w sposób, aż za bardzo rzucający się w uszy, odmienny, to znaczy, że coś jest nie tak, że jednak coś nie do końca się zgrało.

To co jeszcze rzuciło się w oczy.

Szlugi. Fajki. Papierosy.
Każda wolniejsza scena, scena, w której główna bohaterka walczyła w czymś ze sobą wewnętrznie albo, po prostu, z kimś rozmawiała wiązała się z paleniem papierosów. To wyglądało momentalnie wręcz zabawnie. Kurczę, czy oni rzeczywiście muszą palić te szlugi, zastanawiałem się nieco, ale po chwili wyjaśniłem sobie ten proceder tym, że przecież mając jakiś rekwizyt jest o wiele łatwiej rozegrać konkretną scenę. Więc grali paląc, więc palili przy grze.

Wiek siostry Liz.
Pod koniec filmu stwierdziła ona, że obwinia Lizbeth za to, że przez szesnaście lat się z nią nie kontaktowała. No niby nic w tym dziwnego, ale gdy ostatnim razem się widziały, obie miały po, zaledwie kilka lat, a tak nie wygląda dwudziestoparoletnia kobieta.
Camilla Salander
Zakończenie.
Czy, gdy ktoś do ciebie mówi z tylnego siedzenia, gdy ty prowadzisz samochód, odwracasz się i tracisz całkowicie pole widzenia po czym wpadasz w błądzącego człowieka i kończysz jazdę na drzewie?

Czy zatem warto?

Raczej tak, choć od tego filmu nie powinieneś wymagać kunsztu ani od reżysera, ani też aktorów. Ot, taki film na zapełnienie wieczoru. Film dynamiczny, wciągający, ale i nie pozbawiony wielu wad, które mogą, ale wcale nie muszą, głównie ze względu na dynamizm akcji rzucić się w oczy.
Aha. Jak jesteś fanem serii Millenium, to jednak chyba, pozycja obowiązkowa dla ciebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *