Koncert mikrofon na scenie

By | 1 listopada 2018

Będąc na koncercie Moniki Brodki zaniemówiłem. Brodka to klasa światowa, bezapelacyjnie i niezaprzeczalnie, co muszę stwierdzić. Ona nie powinna grać już nigdy supportów, ona zawsze powinna być gwiazdą wieczoru. Takie jest moje zdanie. I już. Koniec. Kropka.

Po jej koncercie stwierdziłem, że było zajebiście, a następny koncert po którym spodziewam się czegoś ponad tę całą opanowującą zbyt często świat szarówę będzie koncert Korteza i się nie przeliczyłem.

Kortez to obecnie ścisłe top artystów muzycznych na terenie naszego kraju. To kolejne stwierdzenie. I już. Koniec. Kropka. A teraz już przejdę do samego koncertu, w sposób delikatny, ale nawet nie łudzę się, że niezauważalny.

Panująca momentami na scenie niedorzeczna wręcz statyczność i niekiedy oślepiająca gra świateł, jak i wokal, i nagłośnienie w drugiej fazie koncertu sprawiały, że nie miałem ochoty na koniec, chciałem żeby ten koncert trwał i chciałem też aby moja towarzyszka nadal tam była, by móc nadal, kątem oka, dostrzegać jej radość, bo w końcu nie ma przecież nic bardziej magicznego jak niewyreżyserowane szczęście, które dostrzegałem na jej zmęczonej już twarzy.
Kortez. To w końcu on stanowił centrum tego wszystkie, centrum groteskowe, magiczne, wypracowane w swej magnetyzującej, odbierającej dech w piersiach, a mi w piersi, tej zdrowiej, robiącej za dwie. Gdybym następnego dnia miał możliwość znowu pójść na jego koncert to bym to zrobił i to nie tylko dlatego, że koncert dnia następnego rozpocznie się bez drobnych, wręcz minimalistycznych wpadek z nagłośnieniem, ale dlatego, że mogłem odpłynąć, mogłem poczuć się jak w bajce, jak w świecie nierzadko niedookreślonym, świecie nie do końca wyraźnym, świecie w którym tak rzadko ma się szansę być na co dzień przez te wszystkie liczby, te wszystkie powinności, obowiązki, które przytłumiają.
Kortez nie przytłumia. Kortez ogłusza, bo w dalszym ciągu słyszę jego głos. Kortez oślepia, bo choć gdzieś tam teraz patrzę to widzę scenę, scenę opanowaną przez półmrok, scenę z nim, jak i pozostałą czwórką, która odwala kawał dobrej roboty.
Kortez to, chciałbym napisać prawda, ale to by była przesada i to przesada przez wielkie „P”.
Kortez to naturalizm i niepowtarzalne aranżacje, to słowa, które, mam tylko nadzieję, że nie pójdą w kierunku jednego wersu z utworu: „Hej wy”.

Hm. A może tylko zbyt rzadko chodzę na koncerty?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *