Niemoc niemoc

By | 4 września 2018

Od dawna nic tu nie opublikowałem, w sumie to od dawna, to niewiele pisałem, ale tak to już jest. Leń nierzadko zwycięża, a leń w miejscu takim jak moje miasteczko potrafi okazać się niewyobrażalnie silny, wręcz nie do pokonania. Czasem zastanawiam się, czy Łęczna i słowo „leń” nie stanowią synonimów, choć chyba nie, gdyż Łęczna to raczej synonim słowa „niemoc”.

Jestem łęczynianinem i to łęczynianinem od urodzenia, choć co prawda na świat przyszedłem w Lublinie, ale wzięło się to z tego, że w Łęcznej od dawien dawna już nie rodzi się dzieci, bo po prostu nie ma gdzie. I stąd też w dowodzie wpisane mam, że na świat przyszedłem w Lublinie, a nie w Łęcznej, czyli miejscu, w którym przebywam od zawsze, i które to miejsce nie przynosi tak naprawdę nic, od ludzi począwszy, po szanse, a na nadziejach kończąc.

To, że w Łęcznej nie ma żadnych rozrywek, to, że tutaj można co najwyżej zachlać mordę w jednym z lokalnych barów, których i tak jest jak na lekarstwo, to powszechnie wiadomo. Już do tego przywykłem, już to zaakceptowałem, podobnie jak zaakceptowali, choć nie, nie zaakceptowali, bo słowo akceptacja wiąże się z bezsilnością, a my wszyscy, podobno bezsilni nie jesteśmy… Ja, jak i mi podobni przyjęliśmy to do wiadomości i uznaliśmy to za oczywistość, za fakt dokonany, że w Łęcznej nic nie ma, nie ma nic, co miałoby jakąkolwiek wartość dla człowieka w wieku produkcyjnym, który chciałby spędzić tu całe życie. I to właśnie w związku z tym, że w Łęcznej prawie nic się nie dzieje w ostatnią sobotę wybrałem się na mecz lokalnych piłkarzy, choć jakiś czas temu powiedziałem, że na drugą ligę to ja nie zawitam…

Pogoda była przednia, a ja miałem problem z nogą, choć w sumie to w dalszym ciągu go mam, stąd też nie mogłem pokusić się o jakieś bardziej kreatywne rozwiązanie dla sobotniego wieczoru. Wylądowałem więc na stadionie, na meczu drużyn występujących na trzecim poziomie rozgrywkowym w naszym kraju.

Obmacany przez ochroniarza, bo przecież jestem potencjalnym przestępcą, mordercą i wandalem, w przeciwieństwie do setek tysięcy migrantów, wdrapałem się po schodach na trybuny i przysiadłem, choć w moim otoczeniu to nikt nie siedział, wszyscy stali, bo to sektor kibiców gospodarzy był, sektor cały na zielono. A na murawie byli piłkarze, i co muszę przyznać, nie wiedziałem, którzy to nasi, serio, zdarzyło mi się to po raz pierwszy w moim, podobno krótkim życiu.

Mecz toczył się swoim tempem, a mi nieznajomość nazwiska żadnego z biegających po murawie piłkarzy zaczynała dawać do myślenia. Kurczę, to druga liga, kiedy ostatnio Górnik grał w drugiej lidze? To chyba było po degradacji i aferze korupcyjnej, tak, to było wówczas, i to miało miejsce przez jeden sezon. Teraz ta, chyba należałoby by to uznać za sportową degradację, raczej nie będzie trwała przez sezon, a coś czuję, że znacznie dłużej.

Na tydzień przed meczem rozmawiałem z jednym z lubelskich dziennikarzy sportowych, który to zapytał się mnie dlaczego na meczach Górnika jest tak mało ludzi.
– Na Ruchu było prawie 1300 osób – odpowiedziałem, choć czułem, że to niewłaściwa odpowiedź.
– No właśnie, na pierwszą ligę chodziło więcej. – Usłyszałem i dopiero to stwierdzenie zmusiło mnie do powiedzenia prawdy, którą chyba nie do końca do siebie dopuszczałem.
– Bo druga liga dla nas, łęczynian, to taki poziom już amatorski. Tutaj co drugi chłopak z osiedla, czy taki dobijający do trzydziestki byłby w stanie grać na takim poziomie, na poziomie ligi dla nas półamatorskiej, a nie profesjonalnej.

Dziennikarz to zrozumiał. Przytaknął mi, a mnie te słowa przeraziły, bo w składzie Górnika nie było żadnego wychowanka, nie było osoby, z którą ja, jako rodowity mieszkaniec miasta miałbym się utożsamiać, o której mógłbym powiedzieć, że to nasz człowiek, a nie zarobkowy migrant, który przyjechał tu na sezon, góra dwa.

Górnicy przegrali z kretesem. Grali bez wigoru, brakowało im polotu, siły, przegrywali każdy pojedynek jeden na jednego, a i asekuracja nie była ich mocną stroną. Pokazali niemoc. Pokazali niemoc należącą do tego miasta. Niemoc która jakiś czas temu wsiąkła w miasto, jak i w jego mieszkańców, która to niemoc paraliżuje wszystkich dookoła, paraliżuje piłkarzy, działaczy, urzędników, burmistrza, czy też ludzi określanych mianem ludzi kultury, którzy w Łęcznej podobno są.

To miejsce nie ma przyszłości, bo nie ma sił, aby ją mieć. Wcale jednak przy tym nie twierdze, że każde inne miejsce pełne jest szans, możliwości, o nie, nie, ale boli mnie, i jednocześnie przeraża to, że moje rodzinne miasto jest niczym trup.

Aha. I jako, że zbliżają się wybory to stwierdzam, że kto by nie został burmistrzem, kto by nie trafił do rady powiatu, czy gminy to nic się nie zmieni, bo to tylko zmiana warty będzie, zmiana o której napisałem już w Zwierzętach.
Ha! Nawet ten tekst nie powstaje w Łęcznej. Dopiero do niej dojeżdżam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *