Willie

Willie

By | 17 listopada 2017

W końcu podoba mi się wygląd mojej strony, stwierdza Nikt. Nie jest ani przesadzony, a ani tym bardziej zbyt minimalistyczny. Wręcz miło po niej skakać. I choć wciąż strona nastawiona jest na słowo to z pewnym, co prawda niewidocznym, ale odczuwalnym umiarem.
Tylko o czym tu teraz pisać? Skąd czerpać pomysły? Bo w końcu, aż wypadałoby stworzyć coś dobrego, coś mądrego… No właśnie, mądrego. Czy Nikt jest w stanie tworzyć mądre teksty? Nie mając pomysłu na wpis Nikt postanawia wrzucić opowiadanie…

 

Wille

Chwila w trakcie której kelnerki w opuszczonych barach gaszą świece ustawione na stołach, a kelnerzy po raz ostatni tej nocy za pomocą ściery przecierają blat baru stanowi dla nich sygnał informujący o tym, że impreza zaraz się zacznie. Ruszą wówczas na miasto aby zatańczyć, aby sprawić żeby o tej nocy mówiono przez najbliższych kilka tygodni.
Środek tygodnia to idealny moment na realizację ułożonego wcześniej planu. Naturalna selekcja sprawi, że na mieście będą tylko grube ryby.

Jest ich czterech. Przewodzi im Willie, ksywa po ojcu. Miał na imię William, na mieście zwany jako książę. To on zapoczątkował ten proceder. Wille kontynuuje jego dzieło.
Willie – sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i to liczone w butach, ale za to serce do walki, którego nie jeden mu zazdrości. Po tym jak Willi za pomocą świeżo zerwanego szklanego tulipana uśpił na wieki ponad dwumetrowego Konga ze wschodniej części miasta nikt kto go zna mu nie podskoczy. Jak Willie mówi, że dwa plus dwa to siedem to znaczy, że tak jest. I nie ważne jak dobry byłeś z matmy w szkole i jakich argumentów użyjesz aby wyprowadzić go z błędu. Jeśli chcesz żyć będziesz milczał.
Willie ma swoją prawą rękę, Ogara. Bez reszty oddany. Żono-bójka nawet w zimie. Ponad dwumetrowy jadący na sterydach, przypakowany jak mało kto na dzielni miłośnik rugby i mieszanych sztuk walki. Wkracza do gry kiedy Willie nie daje rady.
Są jeszcze dwie prawilne mordeczki. Markus i Johnny zwany też jako Duża Pała.

Wille kroczy zawsze jako pierwszy. Pozostali idą za nim. Z głośników ich telefonów sączy się muza. To znak dla wtajemniczonych żeby lepiej spierdzielać gdzie pieprz rośnie.
Ich celem staną się przepite ryje albo też ci, którzy będą mieli jakieś wąty.
Willie ma kilka podstawowych zasad:
Numer 1. Nigdy nie zaczynaj imprezy tam gdzie są cwaniaki ze śmiesznymi napisami na plecach typu guard czy ochrona.
Numer 2. Śmiesznym cwaniakom z napisem na plecach nakop na samym końcu jeśli dalej nie będziesz wyżyty.
Numer 3. Nie zaczynaj imprezy tam gdzie wiesz, że są kamery.
Numer 4. Nie wchodź w drogę psom to i oni nie będą wchodzili tobie.
Numer 5. Nigdy nie daj się powalić.

Ostatnimi czasy Willi i spółka musieli zaczął bardziej uważać. To wszystko przez cholerne kamery. Wielki Brat patrzy i dupa zbita, tak to mówi Ogar, a Willie mu przytakuje, ale jako, że ma swoich ludzi, ma środki i dojścia, wie gdzie oko Wielkiego Brata nie sięga, jak i wie też jak sprawić aby na chwilę zamknęło powiekę.
Zminimalizowanie ryzyka pozwala na swobodniejsze działanie, wyjaśnił raz Willie chłopakom.
A teraz już ruszają. Płyty chodnikowe niczym frisbee wbijają się w szyby samochodów. Na początek mały rozpierdol na osiedlu, nigdy swoim oczywiście.
Kosze na śmieci zaczynają płonąć, a mur otaczający kościół przyobleczony przed chwilą stworzonym przez Williego napisem woła: „wiara jest pojęciem względnym, nie uwzględnianym kosztów materialnych”.

Czas na przemarsz przez park. Tutaj już tradycyjnie na którejś z ławek siedzą żule. Dziwne, że jeszcze się nie nauczyli i ani myślą zmienić miejsce nocnej libacji. Melodie wydobywające się z telefonów Williego i pozostałych będące niczym dźwięki wydawane przez grzechotnika nie odstraszają ich. Willi, w końcu uznał, że oni lubią oklep tak samo jak on. Tylko, że on go spuszcza, a oni go zbierają.
Czterech zgarbionych żuli na ławce i czterech młodych chłopców przed nimi. Willie zerka na zegarek. Jeszcze nie czas atakować. Muszą chwilę poczekać. Wielki Brat patrzy.
Ludzie Williego nie ruszą dopóki on sam nie skoczy jako pierwszy. Dobrze ich wyszkolił. Kiedyś było inaczej. Czasem, któryś chciał się wykazać, ale po akcji z Kongiem wszystko jest już tak jak być powinno od początku.
Willi znowu zerka na zegarek. Odlicza. Trzy… Dwa… Jeden… Oko Wielkiego Brata ślepnie na najbliższe dziesięć minut. Willie to wie, w końcu sam to zarządził.
Rusza. Ogar, Markus i Johnny podobnie. Willie tak samo jak i reszta na przywitanie wjeżdża z buta.
Wille ma też zasady dotyczące samej walki, a jedna z nich mówi: „Jeśli wygrywasz, dominujesz, jesteś lepszy, nie bij po jajach. Reszta chwytów, w tym i sprzęt, dozwolone.”
W tym przypadku jednak sprzęt nie jest potrzebny. Taniec z żulami to dla nich swoista rozgrzewka przed tym co mają nadzieję, że wydarzy się w najbliższej przyszłości.
Ogar tryumfalnie siedzi już na plecach swojej ofiary. Wille leje na drugiego. Trzeci zwija się w krzakach, a czwarty obrywa po mordzie penisem Johnnego. Markus ma zamiar udokumentować całe zajście. Willi to widzi. Zapina rozporek i rzuca się na niego z łapami. Dwa szybkie ruchy i Markus już leży pod butem Williego.
– Zasada numer 5. Nigdy nie daj się powalić – oznajmia Wille, po czym dodaje. – Ochujałeś z tą kamerą?

Idą dalej. Najwyższy czas wkroczyć na Krakowskie Przedmieście. To porąbane, uznał kiedyś Wille, że w każdym z wielkich miast jest Krakowskie Przedmieście. Przecież tak nazwany deptak powinien być tylko w Krakowie. W Lublinie natomiast powinno być Lubelskie Przedmieście, w Warszawie Warszawskie, a w we Wrocławiu Wrocławskie. No, ale chuj. Może w przyszłości to zmienię, stwierdził.

Krakowskie Przedmieście to najlepsze miejsce to wyłapywania najciekawszych celów. To tędy każdy bez umiaru napruty będący dopiero co klientem tych seksownych, ubranych w kuse spódniczki kelnereczek, człowiek, chwiejnie kroczy w często nawet sobie nie znanym kierunku. To tu, w skrywających niejedną tajemnicę, ciemnych i mrocznych zaułkach dzieje się magia.
Cel numer 1.
Sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Twarz na której rozgrywa się walka młodości ze starością. Elegancki sportowy ubiór. Na stopach trampki, na dupie jeans, na barach marynara. Rolex pewnie na ręce, a w kieszeni ultra nowoczesny smartphone. Krok oczywiście chwiejny.

Willie daje znak Markusowi i Johnnemu. To oni sprowadzą Cel numer 1. do bramy, w której już czai się Willi. On sam nigdy nie wychodzi na otwarty teren.
Marcus i Johnny chwytają Cel nr 1. za ramiona. Można by było pomyśleć, że to dobre chłopaki tym bardziej mając na uwadze to, że rzucają w jego kierunku: „choć chłopie, pomożemy”.
I w jakiś sposób mu pomogą gwarantując pamiątkę na resztę życia.
Cel nr 1. totalnie zdezorientowany rzuca w stronę Williego: „co jest?”
Willi ma na to, krótką jednosłowną odpowiedź: „gówno”. Milczy jednak bo, jak twierdzi, kto dużo gada ten mało działa, a Willi lubi działać i już z liścia wita swoją ofiarę.
Cel nr 1. coś bełkocze, coś klnie, a Willi go oklepuje. Cios za ciosem. Walczak z niego jak mało kto. Szkoda tylko, że nie wyrosło mu się ponad dwa metry.
Ogar przygląda się z boku. Świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że Wille w tym przypadku nie będzie potrzebował nawet najdrobniejszej pomocy tym bardziej, że po siarczystym łokciu Cel nr 1. ląduje na ziemi.
Z nosa leje mu się krew. Złamań ma też kilka. Willi zgodnie z planem triumfuje, ale że Cel nr 1. wciąż dycha Willi częstuje go jeszcze kopnięciami. A co!, stwierdza. Niech ma pamiątkę.
Markus i Johnny stojąc za Ogarem popalają szlugi czekając na fanty. Po wszystkim Cel nr 1. znów trafia w ich ręce. To oni go przeszukują, oni wyciągają portfel, drobne, telefon, zegarek i niekiedy też kluczyki do samochodu. Ale, że z furami trzeba uważać to nigdy nie kroją ich w ciemno więc teraz odpuszczają.

Czas na zmianę miejsca. Najpierw Wille z Ogarem, a dopiero kilka minut po nich Markus z Johnnym tryumfalnym krokiem przemaszerowują placem centralnym.
Willie znowu daje znak. Tym razem za cel obrał dobrze zbudowanego, tak na około prawie dwumetrowego, kostka w garniaku.
Markus i Johnny niepewnie spoglądają po sobie, ale jako że dostali znak to muszą działać. W innym wypadku Willie mógłby się wkurzyć, a tego nie chcą. Od tyłu podbiegają do Celu numer 2. częstując go soczystymi kopami, po czym się oddalają. Cel numer 2. z początku lekko zdezorientowany rzuca się za nimi w pogoń. Markus i Johnny to prawdziwi mistrzowie doprowadzania celów do Williego.
Cel numer 2. bez namysłu przekracza bramę prowadzącą na podwórko na którym czeka już Wille. Cel numer 2. jest niczym wygłodniały drapieżnik, którego dalszy byt zależy od tego czy dorwie tych dwóch kurdupli. Za bramą jednak staje się ofiarą…
Willi wygrzebał skądś drewnianą sztachetę i to za jej pomocą urządza powitanie Celowi numer 2.
Cel numer 2. złamany w pół właśnie wita się z butem Williego jednak nie na tyle mocnym aby go powalić. Pomimo otrzymanych ciosów jest w stanie stanąć równo na nogach. Alkohol oraz doświadczenie wyniesione ze szkoły karate nie pozwalają mu na porażkę bez walki.
Ogar jest oczywiście gdzieś z tyłu, czeka tylko na to aż Willi da mu znać, a wówczas wkroczy do akcji. Markus i Johnny gdzieś zniknęli. Najwidoczniej rozpędzili się do tego stopnia, że nie byli w stanie wyhamować tuż za bramą.
Willi, uzbrojony w drewnianą sztachetę musi przejść do defensywy. Na szczęście jego wątpliwa postura daje mu przewagę szybkości. Umiejętnie uskakując czeka na to aż Cel numer 2 się zmęczy. Wówczas ruszy. Po raz kolejny zdzieli go sztachetą po czym poprawi z buta i łokcia, aż Cel numer 2. nieprzytomny wyląduje na glebie.
I to też się dzieje, a kałuża krwi jest tylko potwierdzeniem tego, że Willi panuje na mieście.
Znikąd pojawiają się Markus i Johnny po czym kroją ofiarę z portfela wypełnionego kartami kredytowymi oraz gotówką. Ich łupem pada również drogi zegarek oraz dwa nowoczesne smartphony.

Wille z ust wypuszcza powietrze. Biała, ciepła smuga, ulatuje ku górze. Willi czuje, że żyje. Nie chce kończyć imprezy, ale na horyzoncie dostrzega już pierwsze wstydliwe promienie słońca. To znak, że pora pora wracać do domu.

Ekipa się rozstaje. Wille wraca do domu. Bierze prysznic. Zjada śniadanie po czym uzbrojony w napój energetyczny rusza na uczelnie gdzie do rozjebania czeka na niego kolos z prawa cywilnego. Bo chyba nie myślałeś, że Wille to zwykły zbir?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *